DZIŚ

Jamajka: Dzień Boba Marleya

W drodze do Emaus

Kiermasz rzeczy używanych na jednym ze starych osiedli dzielnicy Nowa Huta w Krakowie. Za śmiesznie niską cenę można tu kupić niemal wszystko: książki, ubrania, buty, naczynia, zabawki, a także meble i sprzęt AGD. Co jest w tym miejscu niezwykłego? Prowadzi je wspólnota osób bezdomnych, a wszystkie przedmioty są darami od ludzi.

Wiadomość archiwalna

A A A

2009-04-17, 18.05

 

Krakowska wspólnota jest jedną z czterech wspólnot Emaus, które funkcjonują w Polsce. Pozostałe są w Lublinie, Rzeszowie i Nowym Sączu. Wspólnoty pomagają wyjść z pułapki bezdomności poprzez pracę i pomoc innym.Osoby, które doświadczyły kiedyś bezdomności żyją we wspólnocie, prowadzą publiczną zbiórkę używanych sprzętów i utrzymują się z ich naprawy i sprzedaży. Starają się także pomagać innym potrzebującym.
Ruch wspólnot Emaus został zapoczątkowany we Francji w latach 50. przez zakonnika, ojca Pierre. Abbé Pierre – jak nazywają go członkowie wspólnoty – umarł w styczniu 2007 w wieku 95 lat. We Francji to postać powszechnie znana, cieszy się takim szacunkiem jak Jan Paweł II w Polsce. Dziś we Francji niemal w każdym mieście jest wspólnota Emaus, na całym świecie funkcjonuje ich około 400.
Wspólnota krakowska powstała, gdy jeden z pracowników istniejącej od 1999 r. wspólnoty w Nowym Sączu postanowił na jej otwarcie przeznaczyć nagrodę, którą dostał w uznaniu za swoją działalność. Był rok 2003. Dziś w krakowskiej wspólnocie mieszka 10 mężczyzn (nazywają się kompanionami). Kim są? Każdy ma swoją historię. Są tu byli bezdomni, byli więźniowie, byli wychowankowie domu dziecka. Przekrój wieku jest bardzo szeroki: od 24 do 60 lat. Czy coś ich łączy? Grzegorz Hajduk, który jest kierownikiem wspólnoty od 5 lat, odbywa z nimi wiele rozmów. Zauważył, że większość z nich ma deficyt ojca. – Czasem wydaje mi się, że oprócz dwójki swoich dzieci, mam jeszcze kilku przysposobionych synów – uśmiecha się.
Podczas 6 lat działalności przewinęło się przez krakowską wspólnotę między 60 a 80 osób. Na początku była spora rotacja. Ludzie przychodzili i odchodzili. Z czasem krakowski Emaus stawał się coraz bardziej stabilną wspólnotą.
 
Gdzie ci bezdomni?
Kiermasz Emaus to kopalnia przedmiotów niepowtarzalnych, których nie sposób znaleźć w zwykłych sklepach. Nie dziwi, że pojawiają się tu łowcy wartościowych starych mebli czy oryginalnych bibelotów. Nie brakuje też stałych klientów poszukujących po prostu rzeczy najtańszych. Są panie, dla których wizyta na kiermaszu jest stałym elementem rozkładu dnia. Emaus wrósł w krajobraz Nowej Huty, zaistniał w świadomości lokalnej społeczności. Nikomu z klientów nie przeszkadza, że prowadzą go byli bezdomni. Jedna ze stałych klientek, choć przychodziła na kiermasz już od dawna, nie wiedziała kto go prowadzi. Gdy pewnego dnia po raz pierwszy sięgnęła po ulotkę, ze zdumieniem zapytała „Ale gdzie są ci bezdomni?”. Nie mogła uwierzyć, że to dobrze jej znani panowie, którzy tu pracują i pomagają klientom.
Dzięki licznym klientom krakowska wspólnota Emaus jest w stanie całkowicie utrzymać się ze swojej pracy i nie musi korzystać z żadnych grantów i dofinansowań. Abbé Pierre uczył: „nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc pomóc innym”, dlatego część zebranych rzeczy rozdają potrzebującym lub sprzedają po obniżonych cenach. Miesięcznie starają się wspomóc w ten sposób 2-3 rodziny, a kilka lub kilkanaście rodzin kupuje przedmioty po w połowie obniżonej cenie. Udało im się też zarobić (wspólnie ze wspólnotą w Nowym Sączu) na własną działkę, na której powstanie dom dla członków wspólnoty. Na razie, na skutek protestu sąsiada, muszą przebrnąć przez gąszcz urzędowych formalności. Reakcje społeczności w okolicy, gdzie leży ich działka są bardziej negatywne od tych, do których przywykli na nowohuckim osiedlu. Pewnego dnia, gdy sadzili drzewa na swojej działce podszedł sąsiad i spytał, czy to prawda, że stanie tu dom dla ludzi z HIV-em.
 
Lepsze niż schronisko
Zasadą wspólnoty Emaus jest, by zmieniać siebie i pomagać innym przez pracę. Grzegorz Hajduk jest przekonany, że wspólnota to dla bezdomnych o wiele lepsze rozwiązanie niż pobyt w schronisku dla bezdomnych.
Różnicę dobrze schroniskiem a wspólnotą widać w Nowym Sączu, gdzie funkcjonują oba miejsca. – Schronisko to rodzaj „przechowalni” – mówi Hajduk. Jego mieszkańcy czasem wychodzą do pracy, nie mają jednak prawdziwych kontaktów ze światem zewnętrznym. Przez większość czasu po prostu się nudzą. – Członkowie naszej wspólnoty nie są odizolowani od społeczeństwa, funkcjonują w prawdziwym świecie, stykają się z klientami. To na nich doskonale wpływa – tłumaczy.
Gdy patrzy się na wspólnotę Emaus w Krakowie, od razu przychodzi na myśl, że takich miejsce powinno być w Polsce o wiele więcej. Jedna inicjatywa sprawia przecież, że dzieje się kilka dobrych rzeczy naraz. Bezdomni „wracają” do społeczeństwa, uczą się normalnie żyć i pracować. Każdy z nas może za darmo oddać rzeczy, których już nie potrzebuje i wspomóc w ten sposób ludzi potrzebujących. Upadają pokutujące w społeczeństwie stereotypy dotyczące osób bezdomnych (że nie potrafią pracować, są leniwi, że nie można im zaufać). I w końcu naprawiając stare przedmioty, przedłuża się ich życie – co jest ekologiczne i wpisuje się w nurt odpowiedzialnego konsumpcjonizmu.
 
Zdarzają się upadki…
Oczywiście Emaus nie jest sielanką czy zrealizowaną utopią pracownika socjalnego. Wielu bezdomnych nie potrafi się odnaleźć we wspólnocie. Szybko odchodzą. Nie do końca zdają sobie sprawę z tego, jak się we wspólnocie żyje. A życie codzienne na pewno nie jest tu łatwe. To codzienny trud i ciągła praca nad sobą. Kompanioni dostają miesięczne kieszonkowe, na co dzień ich życie przypomina jednak trochę życie w klasztorze. Bardzo duży nacisk kładzie się na pracę. – Niektórzy z ludzi, którzy tu są – na skutek wieloletniego życia w ubóstwie czy na ulicy – zatracili podstawowe nawyki, choćby takie, że rano wstaje się, je śniadanie i idzie do pracy – mówi Grzegorz Hajduk.
We wspólnocie obowiązuje ścisły regulamin. Nie ma mowy np. o spożywaniu alkoholu, z którym prawie wszyscy kompanioni mieli lub mają problem. Będąc we wspólnocie, mają możliwość podjęcia terapii. Niektórym wystarcza, że są w grupie osób niepijących. Jednak nie każdy wytrzymuje abstynencję. Problem alkoholowy, jak mówi Hajduk, ściąga wiele osób w dół,
Sytuacja idealna jest wtedy, gdy bezdomny przychodzi do wspólnoty i w niej zmienia się na tyle, że może z niej odejść, by żyć samodzielnie. To jednak nie zawsze się udaje. Są członkowie wspólnoty, którzy nigdy się nie usamodzielnią – są na to zbyt chorzy lub za starzy. Są też tacy, którzy próbowali i im się nie udało. Grzegorz Hajduk nie wywiera wielkiej presji na ludzi, że muszą się usamodzielnić, bo był już świadkiem spektakularnych upadków. – Znałem ludzi, którzy byli 5 lat we wspólnocie, trzeźwo mierzyli się z życiem, mocno stali na nogach, odeszli i po pół roku upadali jeszcze boleśniej niż wcześniej. Często nie potrafili się już podnieść, czasem nawet wrócić do wspólnoty – wspomina.
Czy każdy z takich przypadków oznacza porażkę wspólnoty? Ktoś został wyrzucony ze wspólnoty na skutek swoich błędów, ale wcześniej przez kilka miesięcy żył w Emaus, dojrzał, nie pił. – Czy jemu też pomogliśmy? – zastanawia się kierownik wspólnoty. Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Dziś krakowska wspólnota utrzymuje kontakt ze swoimi trzema byłymi członkami, którzy z powodzeniem funkcjonują w społeczeństwie. W najbliższym czasie wspólnotę czeka odejście jednego, a być może dwóch kompanionów. Wydają się na ten krok gotowi, przygotowują się do tego od dłuższego czasu. Czy im się uda? Niestety, gwarancji nikt dać im nie może. Trzymamy za nich kciuki.
źródło: inf. własna
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!

SKOMENTUJ


KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.